piątek, 22 lutego 2013

Gry som fajne?

Tak, wiem, że to taki slowpoke z mojej strony, wolałem jednak, by reakcje odnośnie tego filmiku przystygły, zaś wszyscy ludzie, których obchodził, uspokoili się i spojrzeli trzeźwo na wyczyny Patryka Rojewskiego, bo to przecież o nim mowa.
Obiekt zachwytu nastolatków oscylujących w wieku przed- i licealnym (w większości) wydał ostatnio istne dzieło, jak sam twierdzi najważniejszy filmik na swoim kanale, coś, co ma na zawsze zamknąć usta wszelakim ludziom krzywo patrzącym na cyfrową rozrywkę jaką są gry komputerowe. I nie, nie mam tutaj na myśli rodziców, chociaż faktycznie komuś mniej rozumnemu z tej grupy można by było przekonać, że Rojo jakieś tam argumenty ma. Co oczywiście jest zupełną bzdurą, jednak zaniżone standardy audytorium kumpla Rocka robi swoje.

Pan Wydzieram Się Do Mikrofonu, Bo Pokazuję Emocje 
oraz mesjasz gimzbazy oraz innych ludzi bez chęci do własnego zdania
spieszy w obronie gier z tarczą, która ma kradziony element z Mass  Effecta. 
Oh wait, to przecież fanart, czyli wszystko jest z porządku.

Na dzień dobry wita nas intro Moich urojeń, czyli - jakże ironicznie - serii filmików o przemyśleniach bełkocie pana Rojewskiego. Jeśli autor chciał być wzięty na poważnie, zastosowanie tego samego intro z wykrzywioną głupio gębą jest tak sensownym oraz subtelnym zabiegiem, jak próba uszycia garnituru z flanelowych szmat. Bądź co bądź, oddaję honor temu wprowadzeniu, gdyż świetnie pasuje do reszty intelektualnych pomyj Roja.

Po wspaniałym wstępie czeka na nas informacja, jakoby symboliczna tarcza, jaką posługiwał się pozytywnie pieprznięty, nie jest tylko głupim okrzykiem, który tak bardzo konsoliduje jego fanbojów. Otóż nie. Tą tarczą, wystawcie sobie, Rojo osłania gry. Przed kim niby? Jeśli przechadzając się po ulicy waszych miast nie widzieliście sympatycznych hepeningów, składających się z palenia egzemplarzy gier, nie martwcie się. To rzeczywistość. Rzeczywistość, w której ludzie dawno zaakceptowali istnienie gier komputerowych jako rozrywki, której każdy z nas od czasu do czasu potrzebuje. No cóż, zobaczmy dalej.

Jak biedne, demonizowane gry będą przez Rojowskiego chronione? Cóż za działa wytoczy nasz superbohater, z wielkim zapałem broniący honoru oraz dobrego imienia tych biednych, szkalowanych zewsząd twórców gier? Otóż widzimy czternaście argumentów. Albo argumentuf, które jak słynne tezy, wypisane są zgrabnie na karteczce flamastrem. Cóż za przygotowanie! Twórca niejednego vlożka bije się pewnie teraz w piersi, iż sam nie wpadł na tak genialny koncept. Przyjrzyjmy się zatem tym cudownym punktom, niebiańskiemu konspektowi litanii, która raz na zawsze odnowi dobre imię gierek.

1. Gry pomagają w nauczeniu się języków obcych, osłuchujemy się z językiem podczas grania w oryginalną wersję językową z polskimi napisami.
Heh. To jeden z argumentów, które przewijają się niemal wszędzie w przepastnych trzewiach Sieci. Jakkolwiek dość dobry, jeśli chodzi o muzykę (czyli tłumaczenie tekstów) bądź filmy (dialogi), gry to inna bajka. Przede wszystkim ignorowany jest tutaj charakter danego tytułu. Ile jest popularnych tytułów, które oferowały ściany tekstu, a ile takich, których pisarski kunszt ogranicza się do prostego wprowadzenia misji? Już z samych lecplejów, które zalewają jutuba, mogę stwierdzić, że młodzi nie skupiają się na dialogach tak bardzo. Ich uwaga poświęcona jest bardziej rozgrywce, stąd często możemy zobaczyć pomijanie cutscenek, by tylko jak najszybciej odzyskać konrolę nad postacią. Ba, te same problemy można obejrzeć u starszych za(s/g)rajmerów tj. człowiekzwyżyn, nieudolnie próbujący tłumaczyć dialog z Metroida (Fusion chyba), popełniając masę podstawowych błędów. Nie zapominajmy także o innych językach, bo przecież Rojo mówił o nich ogólnie. Czy naprawdę znajdzie się spora liczba osób, ucząca się podstaw 'szprechania po ichnemu' z gierki? Angielski jest wyjątkiem jako część naszej edukacji, dlatego łatwiej jest nam coś z niego przyswoić. Co do reszty języków obcych, sprawa jest mocno wątpliwa. I tak, pisze to osoba, która przetłumaczyła w wieku 13-14 Heros 2 oraz mnóstwo kart z Magic :The Gathering. Dlatego też wiem, że moi rówieśnicy tego nie robili, tak samo dziać się będzie z następnymi pokoleniami. tl;dr To kwestia indywidualna, w przypadku gier mocno umniejszona, skoro nie samymi dialogami one stoją (nie licząc skrajności w przypadku specyficznych gatunków).

Brb, idę na angielski.

2. Gry fabularne pomagają w rozwijaniu ojczystego języka.
Nie no, to jakiś żart. Czy Rojo naprawdę ma jakieś dobre źródła na udowodnienie tej tezy? Czy może przekonała go banda gimbusów, powtarzających z lubością słowo 'chędożyć', bo przecież tak zajebiście brzmiało ono w Wiedźminie? Jedno można stwierdzić na pewno - popularność książek leży i kwiczy w naszym nadwiślańskim kraju, przez co ciężko twierdzić, że gry to odmienią. Znów, jak w przypadku pierwszego argumentu, działa mechanizm pomijania 'nudnych części' na rzecz rozgrywki. Naiwnym jest także myślenie, iż każda gra będzie tak złożona jak dobra książka (czy nawet średnia, pomińmy skrajności). Dzisiejszym cRPG naprawdę daleko do Tormenta, a co za tym idzie- do dopracowania takich elementów jak język. Przez co szansa na wzbogacenie swojej elokwencji jest dość mała.

3. Gry zachęcają do interesowania się historią.
Jako osoba na własną rękę interesująca się dawnymi czasami, troszkę bawi mnie fakt, że dopiero gry potrafią kogoś popchnąć do rzetelnych źródeł o temacie, jakimi są książki. W ten sposób inspirować może nawet Allo allo. Albo kto wie, lekcje w szkołach. Jeśli zabijanie niemiaszków w jakimś szutku albo rozwalanie czołgów pomaga komuś w przyjęciu wiedzy, cóż, dobrze dla niego. W czym sprawia to, że gry nie są złe? Przecież na takiej samej zasadzie możemy chwalić pod niebiosa filmy oraz muzykę, bo przecież tam dużo nawiązań do historii można znaleźć. To nadal jedynie mały środek, który popycha zainteresowanie człowieka, a ono jest decydujące, nic więcej. 
Btw, Rojo w tym momencie wspomina o Assasin's Creed. Jestem pewien, że dużo ludzi poczuje się zawiedzionych, że Dante nie był założycielem jakiegoś bractwa asasynów albo że Da Vinci nie projektował efekciarskich gadżetów Altara.

4. Gry to sztuka.
Temat rzeka? Nie bardzo, jeśli zobaczymy ile tak naprawdę tytułów powstało, by wyrazić siebie, pokazać głębie swoich uczuć. Może coś by się tam znalazło, pochowane po kątach. Ekspert ludologii zapomniał najwidoczniej, że gra to przede wszystkim produkt. Taki ładny, kolorowy, często o ciekawym wnętrzu. Jednak nadal produkt, którego wydanie jest wynikową ostrożnych kalkulacji oraz badań rynku. Dlatego mamy wysyp Black Cocksów czy innych identycznie wyglądających FPS-ów - bo się sprzedają. I jak długo będą, tak owa, ekhem, sztuka, będzie istnieć. Btw, rojo, gówno wiesz o designie, skoro uważasz, że komp zastępuje papier.
Podobnie ma się sprawa z ułatwianiem gier, które są adresowane do ludzi, chcących pograć przez godzinkę czy dwie bez zgrzytania zębów przy setnej próbie pokonania tego samego bossa. Nie jest to kwestia ekspresji czy głębszego znaczenia. Gra to coś, co cały czas obraca się wokoło prostych zasad marketingu, czyli co i jak sprzedać.


Gry są fajne!

5. Socjalizacja - najmłodsi przy komputerze.
Cóż, oprócz tego, że Rojo najwidoczniej nie zna definicji tego słowa (żadna niespodzianka), cała treść sprowadza się do jednego - gry edukacyjne mogą rozwijać. Łał! To tak samo jak książeczki oraz programy edukacyjne! 

Piąty punkt, a ja nadal nie dowiedziałem się, czemu gry nie są złem. Zamiast tego przesłanie brzmi - no są złe, ale mogą uczyć najmłodszych! Poza tym, na poważnie, od kiedy gry edukacyjne były na celowniku mediów? Ominął mnie jakiś GTA Junior?

6. Nowe znajomości.
Czyli dlaczego gry som fajne, bo można poznać różnych ludzi. Serio. To znaczy kluby są fajne, studia są fajne i fajne są relacje międzyludzkie, bo przecież poznajemy przez to wszystko ludzi. Pomijam już nicki tych cudnych randomów, zapytam może inaczej Co to u diabła za ograniczone myślenie, które sugeruje, iż gry = wspaniali ludzie? Tak, przez gry można poznawać ludzi. I przez MMO. I przez portale randkowe. Naprawdę, tak się mogą bronić nawet pryszczate nerdy z konwentów animu.
Nie jest w takich spotkaniach nic dziwnego, wszystko leży w naszej stadnej psychice, która każe i sprzyja w szukaniu ludzi o podobnych zainteresowaniach. Gry nie mają tutaj nic do rzeczy, bo same tylko korzystają z tego faktu (bo przecież tego pominąć się nie da, tworząc produkt).

7. Integracja, czyli z rodzinką przy grze.
Tak, naprawdę. Użył takiego argumentu. Gry są wspaniałe, bo mogą w nie grać rodziny. Zapewne twórcy mieli na myśli łączenia rodzin za pomocą konsolek. Nie jest przecież tak, że w segmentacji produktu starano się dotrzeć do jeszcze szerszego grona, prawda, panie Rojewski? Przy okazji, nasz random sam słusznie zauważa, że każda inna rzecz może robić to samo. Równie dobrze mógłbym chwalić wódkę, bo jej obecność potrafi skrzyknąć każdego członka familii z okazji jakiejś imprezy. Naprawdę, po raz n-ty pseudoarguenty czołowego tarczownika wyglądają tak samo - znajdź relatywnie pozytywną cechę danego medium i połącz ją z grą. nie jest dobrze.

                                                możemy rozmawiać na osobiste, życiowe tematy
                                                     "-wnusiu, to rozwalanie zombiaków przypomniało mi o moim
                                                       raku, pogadajmy o tym, dobrze?"


8. Sport i rehabilitacja.

Pierwsze - nie. Machanie łapą z kontrolerem nie zastąpi takiej A6W Weidera. Ciało ludzkie wymaga aktywności fizycznej, której śmieszne podrygi przy telewizorze z konsolą nie są substytutem. 

Drugie - też nie. Jak sam Rojo zauważył, gra przy takiej 'rehabilitacji' odciąga mózg, działa jako odwrócenie uwagi, co może być w jakimś stopniu plusem, jednak nie zastępuje leczenia. Koleś podobno pracował nad tym zagadnieniem, ciekawym jak i kiedy. I czy w ogóle, ale tego raczej się nie dowiemy.

9. Praca.
Kekekkekeke. Tutaj Rojo popisał się niesamowicie, twierdząc, iż gry przyczyniły się do rozwoju 'nowych zawodów'. Jakich? Cóż, tego nie usłyszymy oczywiście, jednak nieskrępowanie, Rojo ciągnie dalej, tym razem o dziennikarstwie growym, stawiając recenzje obok tworzenia widełek z gier komputerowych bądź wywiadów. Jako osoba, która nagminnie ogląda wannabe-dziennikarzy-internetowych, mogę się tylko krzywo uśmiechnąć. Tacy ludzie tylko ośmieszają branżę. I nieważne, czy to jakiś soushibo, czy napchany partner z Machinimy, chodzi o zalew, falę, która działa na zasadzie braku jakiegokolwiek przygotowanie w jakimkolwiek działaniu. Błędne koło myślowe gry są fajne = fajnie jest tak pracować = wystarczy przecież grać cały czas wyłazi z każdego zakamarka internetu. Owszem, są ludzie mogący pisać bardzo interesujące artykuły na temat gier, jednak to kwestia indywidualna (edukacja, podejście etc.), która wykracza poza gry komputerowe. Ba, nawet sam Rojo jest przykładem dawania złego imienia graczom, między innymi przez taki bełkot, powtarzający się w jego każdym widełku! 
Zatem gdzie te masy plusów, miejsca pracy? Chodziło mu o grafikę, programowanie? Czyli rzeczy, które nie są zaklepane tylko i wyłącznie przez gry, przez co ciężko twierdzić że są wynikiem właśnie tego medium?

10. Medycyna i zdrowie.
Serio. I nie, nie chodzi o leczeniu przypadłości graniem w multiki z BF3, a o gry które mogą leczyć ludzi z fobii. Bo najwidoczniej leczy sam obraz wygenerowany cyfrowo, żadna tak konfrontacja ze swoimi lękami, rozmowa z psychologiem...ja tam się nie znam. Dobrze, że Rojo tak.
Dajej słyszymy oklepany już argument za tym, że FPS poprawił komuś czas reakcji i orientację w terenie (najwidoczniej mapki w Unreal Tournament sa tak złożone, że wymagają kompasu), w to jestem skłonny uwierzyć jakoś, jednak co z tego, skoro nadal to nie kontruje tezy o złych grach, którą podobno jesteśmy atakowani.
Na ostatek pitu pitu o AIDS, które najwidoczniej tylko dzięki grom może być odnotowane przez tych obojętnych ludzi, jakaś gra o lodzie, która najwidoczniej ma wpływ na psychikę (czy nie czuliście ognia, grając w TESV: Oblivion?). Whatever. Idziemy dalej.


Co z tego, że oryginał wynaleziono ponad dwadzieścia lat temu, 
ważne, że mamy to w postaci gry! Gry są super!

11. Nauka.
Anom. najwidoczniej sterowanie za pomocą myśli oznacza naukę. Mylące? Wystarczająco. Przecież takie rzeczy były w przeszłości, produkowane na NESa i upadły, bo innowacja innowacją, a jakoś mało ludzi było do eksperymentów, mając w ręku pada.
Rojewski znów zapętla się z pierdololo o pracy, ignorując fakt, że grafika komputerowa to tylko jeden wycinek, bez którego można by było się obyć (w końcu gry to rozrywka, jak bardzo ważna, tak samo nie niezbędna), podczas gry trudniej powiedzieć to o projektowaniu stron WWW czy AutoCADzie (jako niezbędna rzecz projektowania rzeczy już tak podstawowych - komunikacja).
Jeśli ten, ekhem, argument, nikogo nie przekonał, Rojo mówi o swojej wielkiej wizji przesiąknięcia gier do każdego aspektu życia. Czy ktoś będzie od tego bardziej szczęśliwy? Najwidoczniej on bardzo...

12.Wojsko.
American's Army to kolejna żelazna teza Roja. Bo wiecie, to symulacje. Symulacje, które wymarły jako gatunek gier kilkanaście lat temu. Ciekawostki związane z tym, że gdzieś brano graczy do wojska, by obsługiwali działka to niezbity dowód na to, jak przydatną rzeczą jest z pozoru zwyczajna strzelanka. Tylko co u licha z tego, skoro i tak te symulacje mają dać jako takie wyobrażenie o realnych warunkach na polu bitwy? To tak, jakby jakiś rekrut się chwalił, że jest świetnym żołnierzem, bo strzela celnie. Tylko że podczas prawdziwego starcia udział bierze także psychika, co oczywiście pan socjolog (podobno) ominął.
Czy nie jest zastanawiającym fakt, iż Rojo chciał bronić gry przed złymi językami, zaś teraz tak sformułował swoją 'tarczę', iż brzmi - zabijaj w grze, może któregoś dnia będziesz mógł zabić naprawdę?


Jak widać, on już zaczął trening polowy.
Ten cyfrowy ma już za sobą. Armia czeka.

13.Inspiracja.
Gruba rura panowie. Niech nie zwiedzie was to pół godziny bełkotu opartego na przesłankach oraz ciekawostkach. Jeśli ktoś miał malutkie ukłucie wątpliwości co do merytorycznego przygotowania naczelnego tarczownika w temacie, to niech teraz wycofa się do kąta. Właśnie w tej chwili,  tym wiekopomnym momencie, dostaniemy dane, tak, prawdziwe dane z badań!
Jak to oczywiście bywa, pierdololo trwa. Ot, tam ktoś udziela się na jakimś forum, ten sobie książkę przeczytał związaną z grą. Gry najwidoczniej każdego inspirują, w tym Roja, który na grach lubi zbijać kasę.
Co z tego? Ano niewiele. Na pewno w kwestii obrony gier. Zaniecham już rozwodzenia się nad tym, jak fanarty potrafią zatruć postrzeganie danego tytułu. Mała perełka wpada w tym momencie - Rojo wspomina o swojej batalistyce (czyli jakiejś bazgroły na papierze), czyli inspiracji Falloutem, Warhammerem 40k oraz Starcraftem. Cóż, najwidoczniej kogoś niesamowicie ekscytuje fakt, że zmieszał sobie te elementy w wyjątkowo złym wykonaniu (osobny wpis można by na to poświęcić) na papierze. 

14. Inne 

Tutaj Rojowi skończyły się pomysły, zatem wymienia takie cudeńka godne poziomu kwejków:
program uczący obalania dyktatorów - najwidoczniej inne media nie wystarczają, by uczyć zasad polityki;
lokowanie produktów
e-sport
moralność - lol? jeśli gra nagradza za dobre uczynki, a karze za złe, uczy nas moralności? Ktoś tutaj nie grał chyba w KOTORa, gdzie złym było znacznie prościej; poza tym, czy naprawdę chcemy czarno-białego podziału moralności w cRPG, o której zaraz wspomina nasz jutubowy ludolog? Może. Nie rozumiem także gadki o tym, że gra oferuje wcielenie się w złą postać - przecież to cecha, zaoferowanie odbiorcy większej ilości opcji, zabieg znany nie od dzisiaj, nie tylko w grach! Jak można nazwać to jakimś katalizatorem złych emocji? Nie lepiej było przyznać na początku, że gra to rozrywka i jak rozrywka zapewnia naszemu umysłowi odwrócenie uwagi, rozładowanie napięcia i tym podobne rzeczy? Naprawdę trzeba ubrać to w jakiś imponujący całun? Nie wydaje mi się.

Na zakończenie autor tego filmidła prosi ludzi, by przesyłali ten filmik pod każdy głupi i nieprzemyślany artykuł o grach (o, ironio!) czy inne widełko. Jak nam wiadomo, o dobrych rzeczach w grach zupełnie się nie mówi, zaś pochodnie i smoła gonią z biednymi grami. Obrońców brak, dlatego nasz ekspert gier komputerowych, Patryk Rojewski, postanowił łaskawie uchronić gry od najwidoczniej nieuchronnego potępienia.

Może przemyślenia? Nawet jeśli Rojo miał coś tam do powiedzenia, a po dwukrotnym przesłuchaniu jego produkcji, wątpię, forma jest tragiczna. Argumentów jak na lekarstwo, całość sklecona nieporadnie, z powtórzeniami, brakiem solidnych dowodów...zupełnie jakby poświęcił na to jakieś dwadzieścia minut w google, kopiując rozmaite ciekawostki, które w jego toku rozumowania miały raz na zawsze zamknąć usta wszelkim profesorom i innym niedobrym hejterom gier. To, co dla profesjonalistów jest wzmianką, wrzucaną gdzieś w kąt gazety czy anegdotą mówioną pod koniec materiały, Rojowi wydaje się nieskalanym dogmatem. Kwestia tego, że jego 'obrona' jest zupełnie zbędna, zaś autor jest najmniej odpowiednim człowiekiem, który się do tego nadaje, jest dla mnie całkiem oczywista. A nawet jeśli kiedyś nastaną czarne czasy, pochody wymierzone przeciwko poczciwym gierkom, nie wydaje mi się, że tekturowa tarcza Rojewskiego będzie dostateczną ochroną. Raczej pierwsza pójdzie na stos.

czwartek, 7 lutego 2013

Dziennikarstwo internetowe 101

Jakiś czas po wspaniałych nowinkach o tym, jak Polska nie będzie w tyle jeśli chodzi o internety i wprowadzi kierunek 'dziennikarstwo internetowe', będące spełnieniem marzeniem masy wannabe, która już teraz wypełnia jutuby swoimi bardzo profesjonalnymi materiałami (przyprawić o rumieniec mogą samych branżowców!), natknąłem się na perłę, perłę czystą i hejtem nieskalaną.

Szanowne randomy, zwróćcie uwagę na to cudo:

Zrób filmik na podstawie fejsbukowego biuletynu od znajomego,
dodaj swoją gębę i proszę, wita cię rzesza szmatubowych redaktorów.


Najwidoczniej wkraczamy w erę nowego dziennikarstwa jutubów. Skończyły się, ośmielam się nazwać, dziecięce zabawy w recenzje gier premierowych czy konsolowych staroci. Filmiki o każdej nowej gierce indie prześcigają się nawzajem, co można teraz począć? Jak daleko się zapuścić w pogoni za wyświetleniami, łapkami oraz subówką?
Na to pytanie odpowiada nam z radością Esgaroth, czyli random z jakichś kółeczek Niezapominajki, urządzający swojego czasu sesje RPG, które lotnością dorównywały tylko trzepakowym konwersacjom na osiedlu. Tym razem widzimy jak można być 'tym pierwszym', jeśli chodzi o materiał opowiadający o nowej grze Wiedźmin 3. Supertajne informacje, których wyszukanie na pewno nie zajęłoby mi pięciu minut wertowania google, pulsują przez tą wspaniałą produkcję. Prócz bardzo rozbudowanej elokwencji autora, oczy można cieszyć randomowymi obrazkami, których zdobycie kosztowało Esgarotha sporo trudu w manewrowaniu myszką przy zapisywaniu ich na swoim dysku twardym.

Jeśli filmik przekonał widza odnośnie swojej wartości, jego autor zamieszcza bardzo uroczy bonus - pierdololo o łapkowaniu. Wiadomo przecież, że przeciętny oglądacz to tępe ciele, któremu o takiej czynności nalezy nagminnie przypominać. Jednak by adresowany nie poczuł się źle z powodu takiego przypominacza, nasz wspaniały redaktor niusów google odstawia gadkę o tym, jak łapki go motywują. Bezosobowe liczby przy filmikach przecież dają takiego kopa, a już nie od dzisiaj wiadomo, że jeśli coś ma dużo lajków, to siłą rzeczy musi być dobre.

Wygląda na to, iż wspaniały kierunek - dziennikarstwo internetowe - doczekało się swojego pierwszego profesora.