Obiekt zachwytu nastolatków oscylujących w wieku przed- i licealnym (w większości) wydał ostatnio istne dzieło, jak sam twierdzi najważniejszy filmik na swoim kanale, coś, co ma na zawsze zamknąć usta wszelakim ludziom krzywo patrzącym na cyfrową rozrywkę jaką są gry komputerowe. I nie, nie mam tutaj na myśli rodziców, chociaż faktycznie komuś mniej rozumnemu z tej grupy można by było przekonać, że Rojo jakieś tam argumenty ma. Co oczywiście jest zupełną bzdurą, jednak zaniżone standardy audytorium kumpla Rocka robi swoje.
Pan Wydzieram Się Do Mikrofonu, Bo Pokazuję Emocje
oraz mesjasz gimzbazy oraz innych ludzi bez chęci do własnego zdania
spieszy w obronie gier z tarczą, która ma kradziony element z Mass Effecta.
Oh wait, to przecież fanart, czyli wszystko jest z porządku.
Na dzień dobry wita nas intro Moich urojeń, czyli - jakże ironicznie - serii filmików
Po wspaniałym wstępie czeka na nas informacja, jakoby symboliczna tarcza, jaką posługiwał się pozytywnie pieprznięty, nie jest tylko głupim okrzykiem, który tak bardzo konsoliduje jego fanbojów. Otóż nie. Tą tarczą, wystawcie sobie, Rojo osłania gry. Przed kim niby? Jeśli przechadzając się po ulicy waszych miast nie widzieliście sympatycznych hepeningów, składających się z palenia egzemplarzy gier, nie martwcie się. To rzeczywistość. Rzeczywistość, w której ludzie dawno zaakceptowali istnienie gier komputerowych jako rozrywki, której każdy z nas od czasu do czasu potrzebuje. No cóż, zobaczmy dalej.
Jak biedne, demonizowane gry będą przez Rojowskiego chronione? Cóż za działa wytoczy nasz superbohater, z wielkim zapałem broniący honoru oraz dobrego imienia tych biednych, szkalowanych zewsząd twórców gier? Otóż widzimy czternaście argumentów. Albo argumentuf, które jak słynne tezy, wypisane są zgrabnie na karteczce flamastrem. Cóż za przygotowanie! Twórca niejednego vlożka bije się pewnie teraz w piersi, iż sam nie wpadł na tak genialny koncept. Przyjrzyjmy się zatem tym cudownym punktom, niebiańskiemu konspektowi litanii, która raz na zawsze odnowi dobre imię gierek.
1. Gry pomagają w nauczeniu się języków obcych, osłuchujemy się z językiem podczas grania w oryginalną wersję językową z polskimi napisami.
Heh. To jeden z argumentów, które przewijają się niemal wszędzie w przepastnych trzewiach Sieci. Jakkolwiek dość dobry, jeśli chodzi o muzykę (czyli tłumaczenie tekstów) bądź filmy (dialogi), gry to inna bajka. Przede wszystkim ignorowany jest tutaj charakter danego tytułu. Ile jest popularnych tytułów, które oferowały ściany tekstu, a ile takich, których pisarski kunszt ogranicza się do prostego wprowadzenia misji? Już z samych lecplejów, które zalewają jutuba, mogę stwierdzić, że młodzi nie skupiają się na dialogach tak bardzo. Ich uwaga poświęcona jest bardziej rozgrywce, stąd często możemy zobaczyć pomijanie cutscenek, by tylko jak najszybciej odzyskać konrolę nad postacią. Ba, te same problemy można obejrzeć u starszych za(s/g)rajmerów tj. człowiekzwyżyn, nieudolnie próbujący tłumaczyć dialog z Metroida (Fusion chyba), popełniając masę podstawowych błędów. Nie zapominajmy także o innych językach, bo przecież Rojo mówił o nich ogólnie. Czy naprawdę znajdzie się spora liczba osób, ucząca się podstaw 'szprechania po ichnemu' z gierki? Angielski jest wyjątkiem jako część naszej edukacji, dlatego łatwiej jest nam coś z niego przyswoić. Co do reszty języków obcych, sprawa jest mocno wątpliwa. I tak, pisze to osoba, która przetłumaczyła w wieku 13-14 Heros 2 oraz mnóstwo kart z Magic :The Gathering. Dlatego też wiem, że moi rówieśnicy tego nie robili, tak samo dziać się będzie z następnymi pokoleniami. tl;dr To kwestia indywidualna, w przypadku gier mocno umniejszona, skoro nie samymi dialogami one stoją (nie licząc skrajności w przypadku specyficznych gatunków).
Brb, idę na angielski.
2. Gry fabularne pomagają w rozwijaniu ojczystego języka.
Nie no, to jakiś żart. Czy Rojo naprawdę ma jakieś dobre źródła na udowodnienie tej tezy? Czy może przekonała go banda gimbusów, powtarzających z lubością słowo 'chędożyć', bo przecież tak zajebiście brzmiało ono w Wiedźminie? Jedno można stwierdzić na pewno - popularność książek leży i kwiczy w naszym nadwiślańskim kraju, przez co ciężko twierdzić, że gry to odmienią. Znów, jak w przypadku pierwszego argumentu, działa mechanizm pomijania 'nudnych części' na rzecz rozgrywki. Naiwnym jest także myślenie, iż każda gra będzie tak złożona jak dobra książka (czy nawet średnia, pomińmy skrajności). Dzisiejszym cRPG naprawdę daleko do Tormenta, a co za tym idzie- do dopracowania takich elementów jak język. Przez co szansa na wzbogacenie swojej elokwencji jest dość mała.
3. Gry zachęcają do interesowania się historią.
Jako osoba na własną rękę interesująca się dawnymi czasami, troszkę bawi mnie fakt, że dopiero gry potrafią kogoś popchnąć do rzetelnych źródeł o temacie, jakimi są książki. W ten sposób inspirować może nawet Allo allo. Albo kto wie, lekcje w szkołach. Jeśli zabijanie niemiaszków w jakimś szutku albo rozwalanie czołgów pomaga komuś w przyjęciu wiedzy, cóż, dobrze dla niego. W czym sprawia to, że gry nie są złe? Przecież na takiej samej zasadzie możemy chwalić pod niebiosa filmy oraz muzykę, bo przecież tam dużo nawiązań do historii można znaleźć. To nadal jedynie mały środek, który popycha zainteresowanie człowieka, a ono jest decydujące, nic więcej.
Btw, Rojo w tym momencie wspomina o Assasin's Creed. Jestem pewien, że dużo ludzi poczuje się zawiedzionych, że Dante nie był założycielem jakiegoś bractwa asasynów albo że Da Vinci nie projektował efekciarskich gadżetów Altara.
4. Gry to sztuka.
Temat rzeka? Nie bardzo, jeśli zobaczymy ile tak naprawdę tytułów powstało, by wyrazić siebie, pokazać głębie swoich uczuć. Może coś by się tam znalazło, pochowane po kątach. Ekspert ludologii zapomniał najwidoczniej, że gra to przede wszystkim produkt. Taki ładny, kolorowy, często o ciekawym wnętrzu. Jednak nadal produkt, którego wydanie jest wynikową ostrożnych kalkulacji oraz badań rynku. Dlatego mamy wysyp Black Cocksów czy innych identycznie wyglądających FPS-ów - bo się sprzedają. I jak długo będą, tak owa, ekhem, sztuka, będzie istnieć. Btw, rojo, gówno wiesz o designie, skoro uważasz, że komp zastępuje papier.
Podobnie ma się sprawa z ułatwianiem gier, które są adresowane do ludzi, chcących pograć przez godzinkę czy dwie bez zgrzytania zębów przy setnej próbie pokonania tego samego bossa. Nie jest to kwestia ekspresji czy głębszego znaczenia. Gra to coś, co cały czas obraca się wokoło prostych zasad marketingu, czyli co i jak sprzedać.
Gry są fajne!
5. Socjalizacja - najmłodsi przy komputerze.
Cóż, oprócz tego, że Rojo najwidoczniej nie zna definicji tego słowa (żadna niespodzianka), cała treść sprowadza się do jednego - gry edukacyjne mogą rozwijać. Łał! To tak samo jak książeczki oraz programy edukacyjne!
Piąty punkt, a ja nadal nie dowiedziałem się, czemu gry nie są złem. Zamiast tego przesłanie brzmi - no są złe, ale mogą uczyć najmłodszych! Poza tym, na poważnie, od kiedy gry edukacyjne były na celowniku mediów? Ominął mnie jakiś GTA Junior?
6. Nowe znajomości.
Czyli dlaczego gry som fajne, bo można poznać różnych ludzi. Serio. To znaczy kluby są fajne, studia są fajne i fajne są relacje międzyludzkie, bo przecież poznajemy przez to wszystko ludzi. Pomijam już nicki tych cudnych randomów, zapytam może inaczej Co to u diabła za ograniczone myślenie, które sugeruje, iż gry = wspaniali ludzie? Tak, przez gry można poznawać ludzi. I przez MMO. I przez portale randkowe. Naprawdę, tak się mogą bronić nawet pryszczate nerdy z konwentów animu.
Nie jest w takich spotkaniach nic dziwnego, wszystko leży w naszej stadnej psychice, która każe i sprzyja w szukaniu ludzi o podobnych zainteresowaniach. Gry nie mają tutaj nic do rzeczy, bo same tylko korzystają z tego faktu (bo przecież tego pominąć się nie da, tworząc produkt).
7. Integracja, czyli z rodzinką przy grze.
Tak, naprawdę. Użył takiego argumentu. Gry są wspaniałe, bo mogą w nie grać rodziny. Zapewne twórcy mieli na myśli łączenia rodzin za pomocą konsolek. Nie jest przecież tak, że w segmentacji produktu starano się dotrzeć do jeszcze szerszego grona, prawda, panie Rojewski? Przy okazji, nasz random sam słusznie zauważa, że każda inna rzecz może robić to samo. Równie dobrze mógłbym chwalić wódkę, bo jej obecność potrafi skrzyknąć każdego członka familii z okazji jakiejś imprezy. Naprawdę, po raz n-ty pseudoarguenty czołowego tarczownika wyglądają tak samo - znajdź relatywnie pozytywną cechę danego medium i połącz ją z grą. nie jest dobrze.
możemy rozmawiać na osobiste, życiowe tematy
"-wnusiu, to rozwalanie zombiaków przypomniało mi o moim
raku, pogadajmy o tym, dobrze?"
8. Sport i rehabilitacja.
Pierwsze - nie. Machanie łapą z kontrolerem nie zastąpi takiej A6W Weidera. Ciało ludzkie wymaga aktywności fizycznej, której śmieszne podrygi przy telewizorze z konsolą nie są substytutem.
Drugie - też nie. Jak sam Rojo zauważył, gra przy takiej 'rehabilitacji' odciąga mózg, działa jako odwrócenie uwagi, co może być w jakimś stopniu plusem, jednak nie zastępuje leczenia. Koleś podobno pracował nad tym zagadnieniem, ciekawym jak i kiedy. I czy w ogóle, ale tego raczej się nie dowiemy.
9. Praca.
Kekekkekeke. Tutaj Rojo popisał się niesamowicie, twierdząc, iż gry przyczyniły się do rozwoju 'nowych zawodów'. Jakich? Cóż, tego nie usłyszymy oczywiście, jednak nieskrępowanie, Rojo ciągnie dalej, tym razem o dziennikarstwie growym, stawiając recenzje obok tworzenia widełek z gier komputerowych bądź wywiadów. Jako osoba, która nagminnie ogląda wannabe-dziennikarzy-internetowych, mogę się tylko krzywo uśmiechnąć. Tacy ludzie tylko ośmieszają branżę. I nieważne, czy to jakiś soushibo, czy napchany partner z Machinimy, chodzi o zalew, falę, która działa na zasadzie braku jakiegokolwiek przygotowanie w jakimkolwiek działaniu. Błędne koło myślowe gry są fajne = fajnie jest tak pracować = wystarczy przecież grać cały czas wyłazi z każdego zakamarka internetu. Owszem, są ludzie mogący pisać bardzo interesujące artykuły na temat gier, jednak to kwestia indywidualna (edukacja, podejście etc.), która wykracza poza gry komputerowe. Ba, nawet sam Rojo jest przykładem dawania złego imienia graczom, między innymi przez taki bełkot, powtarzający się w jego każdym widełku!
Zatem gdzie te masy plusów, miejsca pracy? Chodziło mu o grafikę, programowanie? Czyli rzeczy, które nie są zaklepane tylko i wyłącznie przez gry, przez co ciężko twierdzić że są wynikiem właśnie tego medium?
10. Medycyna i zdrowie.
Serio. I nie, nie chodzi o leczeniu przypadłości graniem w multiki z BF3, a o gry które mogą leczyć ludzi z fobii. Bo najwidoczniej leczy sam obraz wygenerowany cyfrowo, żadna tak konfrontacja ze swoimi lękami, rozmowa z psychologiem...ja tam się nie znam. Dobrze, że Rojo tak.
Dajej słyszymy oklepany już argument za tym, że FPS poprawił komuś czas reakcji i orientację w terenie (najwidoczniej mapki w Unreal Tournament sa tak złożone, że wymagają kompasu), w to jestem skłonny uwierzyć jakoś, jednak co z tego, skoro nadal to nie kontruje tezy o złych grach, którą podobno jesteśmy atakowani.
Na ostatek pitu pitu o AIDS, które najwidoczniej tylko dzięki grom może być odnotowane przez tych obojętnych ludzi, jakaś gra o lodzie, która najwidoczniej ma wpływ na psychikę (czy nie czuliście ognia, grając w TESV: Oblivion?). Whatever. Idziemy dalej.
Co z tego, że oryginał wynaleziono ponad dwadzieścia lat temu,
ważne, że mamy to w postaci gry! Gry są super!
11. Nauka.
Anom. najwidoczniej sterowanie za pomocą myśli oznacza naukę. Mylące? Wystarczająco. Przecież takie rzeczy były w przeszłości, produkowane na NESa i upadły, bo innowacja innowacją, a jakoś mało ludzi było do eksperymentów, mając w ręku pada.
Rojewski znów zapętla się z pierdololo o pracy, ignorując fakt, że grafika komputerowa to tylko jeden wycinek, bez którego można by było się obyć (w końcu gry to rozrywka, jak bardzo ważna, tak samo nie niezbędna), podczas gry trudniej powiedzieć to o projektowaniu stron WWW czy AutoCADzie (jako niezbędna rzecz projektowania rzeczy już tak podstawowych - komunikacja).
Jeśli ten, ekhem, argument, nikogo nie przekonał, Rojo mówi o swojej wielkiej wizji przesiąknięcia gier do każdego aspektu życia. Czy ktoś będzie od tego bardziej szczęśliwy? Najwidoczniej on bardzo...
12.Wojsko.
American's Army to kolejna żelazna teza Roja. Bo wiecie, to symulacje. Symulacje, które wymarły jako gatunek gier kilkanaście lat temu. Ciekawostki związane z tym, że gdzieś brano graczy do wojska, by obsługiwali działka to niezbity dowód na to, jak przydatną rzeczą jest z pozoru zwyczajna strzelanka. Tylko co u licha z tego, skoro i tak te symulacje mają dać jako takie wyobrażenie o realnych warunkach na polu bitwy? To tak, jakby jakiś rekrut się chwalił, że jest świetnym żołnierzem, bo strzela celnie. Tylko że podczas prawdziwego starcia udział bierze także psychika, co oczywiście pan socjolog (podobno) ominął.
Czy nie jest zastanawiającym fakt, iż Rojo chciał bronić gry przed złymi językami, zaś teraz tak sformułował swoją 'tarczę', iż brzmi - zabijaj w grze, może któregoś dnia będziesz mógł zabić naprawdę?
13.Inspiracja.
Gruba rura panowie. Niech nie zwiedzie was to pół godziny bełkotu opartego na przesłankach oraz ciekawostkach. Jeśli ktoś miał malutkie ukłucie wątpliwości co do merytorycznego przygotowania naczelnego tarczownika w temacie, to niech teraz wycofa się do kąta. Właśnie w tej chwili, tym wiekopomnym momencie, dostaniemy dane, tak, prawdziwe dane z badań!
Jak to oczywiście bywa, pierdololo trwa. Ot, tam ktoś udziela się na jakimś forum, ten sobie książkę przeczytał związaną z grą. Gry najwidoczniej każdego inspirują, w tym Roja, który na grach lubi zbijać kasę.
Co z tego? Ano niewiele. Na pewno w kwestii obrony gier. Zaniecham już rozwodzenia się nad tym, jak fanarty potrafią zatruć postrzeganie danego tytułu. Mała perełka wpada w tym momencie - Rojo wspomina o swojej batalistyce (czyli jakiejś bazgroły na papierze), czyli inspiracji Falloutem, Warhammerem 40k oraz Starcraftem. Cóż, najwidoczniej kogoś niesamowicie ekscytuje fakt, że zmieszał sobie te elementy w wyjątkowo złym wykonaniu (osobny wpis można by na to poświęcić) na papierze.
14. Inne
Tutaj Rojowi skończyły się pomysły, zatem wymienia takie cudeńka godne poziomu kwejków:
program uczący obalania dyktatorów - najwidoczniej inne media nie wystarczają, by uczyć zasad polityki;
lokowanie produktów
e-sport
moralność - lol? jeśli gra nagradza za dobre uczynki, a karze za złe, uczy nas moralności? Ktoś tutaj nie grał chyba w KOTORa, gdzie złym było znacznie prościej; poza tym, czy naprawdę chcemy czarno-białego podziału moralności w cRPG, o której zaraz wspomina nasz jutubowy ludolog? Może. Nie rozumiem także gadki o tym, że gra oferuje wcielenie się w złą postać - przecież to cecha, zaoferowanie odbiorcy większej ilości opcji, zabieg znany nie od dzisiaj, nie tylko w grach! Jak można nazwać to jakimś katalizatorem złych emocji? Nie lepiej było przyznać na początku, że gra to rozrywka i jak rozrywka zapewnia naszemu umysłowi odwrócenie uwagi, rozładowanie napięcia i tym podobne rzeczy? Naprawdę trzeba ubrać to w jakiś imponujący całun? Nie wydaje mi się.
Na zakończenie autor tego filmidła prosi ludzi, by przesyłali ten filmik pod każdy głupi i nieprzemyślany artykuł o grach (o, ironio!) czy inne widełko. Jak nam wiadomo, o dobrych rzeczach w grach zupełnie się nie mówi, zaś pochodnie i smoła gonią z biednymi grami. Obrońców brak, dlatego nasz ekspert gier komputerowych, Patryk Rojewski, postanowił łaskawie uchronić gry od najwidoczniej nieuchronnego potępienia.
Może przemyślenia? Nawet jeśli Rojo miał coś tam do powiedzenia, a po dwukrotnym przesłuchaniu jego produkcji, wątpię, forma jest tragiczna. Argumentów jak na lekarstwo, całość sklecona nieporadnie, z powtórzeniami, brakiem solidnych dowodów...zupełnie jakby poświęcił na to jakieś dwadzieścia minut w google, kopiując rozmaite ciekawostki, które w jego toku rozumowania miały raz na zawsze zamknąć usta wszelkim profesorom i innym niedobrym hejterom gier. To, co dla profesjonalistów jest wzmianką, wrzucaną gdzieś w kąt gazety czy anegdotą mówioną pod koniec materiały, Rojowi wydaje się nieskalanym dogmatem. Kwestia tego, że jego 'obrona' jest zupełnie zbędna, zaś autor jest najmniej odpowiednim człowiekiem, który się do tego nadaje, jest dla mnie całkiem oczywista. A nawet jeśli kiedyś nastaną czarne czasy, pochody wymierzone przeciwko poczciwym gierkom, nie wydaje mi się, że tekturowa tarcza Rojewskiego będzie dostateczną ochroną. Raczej pierwsza pójdzie na stos.
Anom. najwidoczniej sterowanie za pomocą myśli oznacza naukę. Mylące? Wystarczająco. Przecież takie rzeczy były w przeszłości, produkowane na NESa i upadły, bo innowacja innowacją, a jakoś mało ludzi było do eksperymentów, mając w ręku pada.
Rojewski znów zapętla się z pierdololo o pracy, ignorując fakt, że grafika komputerowa to tylko jeden wycinek, bez którego można by było się obyć (w końcu gry to rozrywka, jak bardzo ważna, tak samo nie niezbędna), podczas gry trudniej powiedzieć to o projektowaniu stron WWW czy AutoCADzie (jako niezbędna rzecz projektowania rzeczy już tak podstawowych - komunikacja).
Jeśli ten, ekhem, argument, nikogo nie przekonał, Rojo mówi o swojej wielkiej wizji przesiąknięcia gier do każdego aspektu życia. Czy ktoś będzie od tego bardziej szczęśliwy? Najwidoczniej on bardzo...
12.Wojsko.
American's Army to kolejna żelazna teza Roja. Bo wiecie, to symulacje. Symulacje, które wymarły jako gatunek gier kilkanaście lat temu. Ciekawostki związane z tym, że gdzieś brano graczy do wojska, by obsługiwali działka to niezbity dowód na to, jak przydatną rzeczą jest z pozoru zwyczajna strzelanka. Tylko co u licha z tego, skoro i tak te symulacje mają dać jako takie wyobrażenie o realnych warunkach na polu bitwy? To tak, jakby jakiś rekrut się chwalił, że jest świetnym żołnierzem, bo strzela celnie. Tylko że podczas prawdziwego starcia udział bierze także psychika, co oczywiście pan socjolog (podobno) ominął.
Czy nie jest zastanawiającym fakt, iż Rojo chciał bronić gry przed złymi językami, zaś teraz tak sformułował swoją 'tarczę', iż brzmi - zabijaj w grze, może któregoś dnia będziesz mógł zabić naprawdę?
Jak widać, on już zaczął trening polowy.
Ten cyfrowy ma już za sobą. Armia czeka.
13.Inspiracja.
Gruba rura panowie. Niech nie zwiedzie was to pół godziny bełkotu opartego na przesłankach oraz ciekawostkach. Jeśli ktoś miał malutkie ukłucie wątpliwości co do merytorycznego przygotowania naczelnego tarczownika w temacie, to niech teraz wycofa się do kąta. Właśnie w tej chwili, tym wiekopomnym momencie, dostaniemy dane, tak, prawdziwe dane z badań!
Jak to oczywiście bywa, pierdololo trwa. Ot, tam ktoś udziela się na jakimś forum, ten sobie książkę przeczytał związaną z grą. Gry najwidoczniej każdego inspirują, w tym Roja, który na grach lubi zbijać kasę.
Co z tego? Ano niewiele. Na pewno w kwestii obrony gier. Zaniecham już rozwodzenia się nad tym, jak fanarty potrafią zatruć postrzeganie danego tytułu. Mała perełka wpada w tym momencie - Rojo wspomina o swojej batalistyce (czyli jakiejś bazgroły na papierze), czyli inspiracji Falloutem, Warhammerem 40k oraz Starcraftem. Cóż, najwidoczniej kogoś niesamowicie ekscytuje fakt, że zmieszał sobie te elementy w wyjątkowo złym wykonaniu (osobny wpis można by na to poświęcić) na papierze.
14. Inne
Tutaj Rojowi skończyły się pomysły, zatem wymienia takie cudeńka godne poziomu kwejków:
program uczący obalania dyktatorów - najwidoczniej inne media nie wystarczają, by uczyć zasad polityki;
lokowanie produktów
e-sport
moralność - lol? jeśli gra nagradza za dobre uczynki, a karze za złe, uczy nas moralności? Ktoś tutaj nie grał chyba w KOTORa, gdzie złym było znacznie prościej; poza tym, czy naprawdę chcemy czarno-białego podziału moralności w cRPG, o której zaraz wspomina nasz jutubowy ludolog? Może. Nie rozumiem także gadki o tym, że gra oferuje wcielenie się w złą postać - przecież to cecha, zaoferowanie odbiorcy większej ilości opcji, zabieg znany nie od dzisiaj, nie tylko w grach! Jak można nazwać to jakimś katalizatorem złych emocji? Nie lepiej było przyznać na początku, że gra to rozrywka i jak rozrywka zapewnia naszemu umysłowi odwrócenie uwagi, rozładowanie napięcia i tym podobne rzeczy? Naprawdę trzeba ubrać to w jakiś imponujący całun? Nie wydaje mi się.
Na zakończenie autor tego filmidła prosi ludzi, by przesyłali ten filmik pod każdy głupi i nieprzemyślany artykuł o grach (o, ironio!) czy inne widełko. Jak nam wiadomo, o dobrych rzeczach w grach zupełnie się nie mówi, zaś pochodnie i smoła gonią z biednymi grami. Obrońców brak, dlatego nasz ekspert gier komputerowych, Patryk Rojewski, postanowił łaskawie uchronić gry od najwidoczniej nieuchronnego potępienia.
Może przemyślenia? Nawet jeśli Rojo miał coś tam do powiedzenia, a po dwukrotnym przesłuchaniu jego produkcji, wątpię, forma jest tragiczna. Argumentów jak na lekarstwo, całość sklecona nieporadnie, z powtórzeniami, brakiem solidnych dowodów...zupełnie jakby poświęcił na to jakieś dwadzieścia minut w google, kopiując rozmaite ciekawostki, które w jego toku rozumowania miały raz na zawsze zamknąć usta wszelkim profesorom i innym niedobrym hejterom gier. To, co dla profesjonalistów jest wzmianką, wrzucaną gdzieś w kąt gazety czy anegdotą mówioną pod koniec materiały, Rojowi wydaje się nieskalanym dogmatem. Kwestia tego, że jego 'obrona' jest zupełnie zbędna, zaś autor jest najmniej odpowiednim człowiekiem, który się do tego nadaje, jest dla mnie całkiem oczywista. A nawet jeśli kiedyś nastaną czarne czasy, pochody wymierzone przeciwko poczciwym gierkom, nie wydaje mi się, że tekturowa tarcza Rojewskiego będzie dostateczną ochroną. Raczej pierwsza pójdzie na stos.
Z racji problemów z publikacją komentarz podzielony na raty (i pisany od nowa, bo wcześniej strona nie chciała kooperować).
OdpowiedzUsuńGenialne wnioski, wrzucone w czeluści Internetów przez idola młodzieży, niczym tezy Luterowskie przybite w Wittenberdze. Jako, że hobbystycznie zajmuje się historią wojskowości, to najbardziej uderzyła mnie teoria o tym, jak to gry komputerowe inspirują młodzież do poszerzania wiedzy historycznej. Moim zdaniem jest wręcz przeciwnie, w dobie lenistwa i postępującej intelektualnej degeneracji społeczeństwa niektóre tytuły są wręcz niebezpieczne.
Gry komputerowe, zwłaszcza te osadzone w kontrolnych realiach historycznych miewają kilka brzydkich grzechów na swoim koncie. Należy do nich między innymi nadawanie postaciom historycznym cech, jakich w rzeczywistości nie posiadały i mieszanie wydarzeń prawdziwych z fikcyjnymi – patrz Twój trafny przykład o AC. Najgorsze jest jednak upraszczanie wydarzeń połączona z szatkowaniem ciągów przyczynowo skutkowych. Żeby nie pozostać gołosłownym zaprezentuje mały przykładzik.
Ostatnimi czasy w wyniku wyprzedaży w sieci Steam zaopatrzyłem się w strategię o intrygującym tytule „Ruse”. Pozycja ta osadzona jest w realiach II Wojny Światowej. Oczywiście kupując ją nie spodziewałem się pozycji na miarę „Close Combat” czy „Combat Mission”, ale nie wiedziałem, że będę świadkiem takich dantejskich wręcz scen. Abstrahując od kilku ostatnich zadań, które stanowią już absolutną fikcję można dostać lekkiego stanu przedzawałowego od tych, które pretendują do miana historycznych. Z jednej strony twórcy nadali grze pozory przykładania wagi do detali, przez zabiegi takie jak na przykład dość szczegółowe i poprawne oznaczenie numeracji i nazw związków taktycznych występujących w kolejnych bitwach. Z drugiej strony większość wydarzeń jest spłycona do granic, jakie śmiało można nazwać gwałtem na podręcznikach. Ignorując takie drobiazgi jak czołgi typu Cromwell hulające radośnie po froncie afrykańskim wytoczmy cięższe argumenty. Takie na przykład Monte Cassino zdobywane jest na oczach gracza w ciągu kilkunastu minut przez szeroko pojęte wojska brytyjskie. Bitwa kończy się w momencie, kiedy samoloty gracza bombardują sztab wroga na wzgórzu. W rzeczywistości walki trwały od połowy stycznia do połowy maja i składały się nań 4 kolejne starcia. Kilka miesięcy krwawej łaźni zamknięto w około kwadransie gry. Zbombardowanie klasztoru i okolic w wersji prezentowanej nam przez autorów tej doniosłej pozycji zamknęło sprawę, wcale nie ułatwiając obrony wojskom Rzeszy. Nie mówiąc już o niepowodzeniu ataków frontalnych i w ostateczności zdobyciu pustego klasztoru – obrońcy wycofali się, gdy linia umocnień przełamana została na innym odcinku, co groziło okrążeniem Cassino. Nawet nie wiem już czy ów misja miała oddać wydarzenia historyczne, czy była jakąś dziwną wersją alternatywną. W sumie nikt mnie jako użytkownika tej gry o tym nie poinformował. Czy takie uproszczenie historii nie jest groźne?
Część II
OdpowiedzUsuńMoim ulubionym przykładem szkodliwej gry jest World of Tanks. Z jednej strony faktycznie popularyzuje tematykę wojsk pancernych, i jakiś procent jej fanów sięga do książek. Z drugiej doprowadza do sytuacji, gdzie niektórzy – zwłaszcza najmłodsi gracze stają się samozwańczymi ekspertami od „pancerki”. Później na forach tematycznych człowiek musi tłumaczyć takim osobnikom, że Tiger I nie miał w rzeczywistości działa „acht-acht” w wersji KwK 43 L/71, które sobie możemy w wyżej wymienionej pozycji wstawić. Nie wspominając już o pokazaniu walki czołgów w zakłamanym, wręcz sielankowym świetle. Czołgi strzelają do siebie na jakiś śmiesznych odległościach, mają „paski życia” i wszystko jest piękne i bezkrwawe. W rzeczywistości praktycznie każda penetracja pancerza oznacza czołg wyłączony z walki i zazwyczaj czyjąś brutalną śmierć, której nie możemy naprawić „apteczką” jak w WoT. Nie mówiąc nawet o takim drobiazgu jak zerwanie gąsienicy. W tej jakże popularnej grze jest to problem przejściowy, „gąska” sama się naprawi w kilkanaście sekund. Na polu bitwy – jest to już unieruchomienie czołgu do końca starcua, chyba że znajdziemy chętnych do wyjścia z pojazdu i mozolnego babrania się z uszkodzeniem od zewnątrz pod ostrzałem. Generalnie o nonsensach tej pozycji można zrobić niemały felietonik.
Przykładów takich sytuacji jest o wiele więcej. Także przyznaje Ci rację iż równie dobrze do zainspirowania kogoś do zglebienia tematu służyć może „Allo Allo”. A jeśli ktoś opis jakiejś bitwy ukazany przez twórców za swoiste mimesis ze strony developerów i z lenistwa uwierzy w spłycony opis bitwy jaki jest mu wciskany? Są oczywiście gry, które przykładają wagę do oddania realiów okresu w jakim toczy się akcja. Większość jednak idzie na łatwiznę.
Pod wywodem tym podpisuje się random z Internetów legitymujący się między innymi nickiem Losinov (i kilkoma innymi).
Dzięki za rozbudowany komentarz. To prawda, gracze często zapominają o takich rzeczach, co wydaje się dziwne, ale właśnie tak działa. Octo niegdyś wypowiadał się pod filmikiem z jakiegoś CoDa o obecnej tam broni PM-63,nad którą rozpływały się randomy, podczas gdy w rzeczywistości była bardzo kiepska. Ale hej, w grze można trzymać takie dwa pistoloty na łapę, jest efekciarsko! Żenada.
UsuńCała przyjemność po mojej stronie, lubię pisać. Odnośnie tzw. RAKa, to wcale się Octopusowi nie dziwię. Co prawda opinie jej użytkowników są skrajnie różne, ale broń ta nie wydaje się godna zaufania w najmniejszym nawet stopniu. A przy działaniach policyjnych / wojskowych zaufanie strzelca do jego narzędzia praca jest śmiertelnie istotne. A o najniebezpieczniejszych (dla użytkownika) orężach świata można napisać spory felieton o tytule „Od Nambu 94 do L85 – historia zbrojeniowej tandety XX wieku”. Na myśl przewodnią można dać anegdotę o wojskach Jej Królewskiej Mości, gdzie podobno żołnierze zapytani czym się różni L85a1 od L85a2 odpowiadają z dumą, iż L85a2 w porównaniu do poprzednika nawet strzela!
UsuńWciąż zbyt leniwy aby założyć konto
Losinov
Rojo uważa siebie za autorytet, ponieważ posiada X widzów, którzy oczywiście uznają wszystko za prawdę. Pewnie wierzy, że statystyka mu pomoże - więcej ludzi się z nim zgodzi, przez co musi mieć rację. Oczywiście nie tak to działa.
OdpowiedzUsuńNiedociągnięcia w jego argumentach są nie tylko odchodami jego bezmyślności i pseudo-doświadczenia, ale i jest to doskonała tarcza na kontrargumenty - wystarczy, że "dopowie" co miał na myśli, wymyślając wszystko pod wypowiedź drugiej strony na bieżąco.
Odniosę się też do wypowiedzi Anona, jeśli chodzi o szkodliwą edukację gier.
Krew mnie zalewa, gdy czytam/słyszę, jak dzieciarnia podnieca się swoją wiedzą o broni palnej, która oczywiście bazuje na nierealistycznych produkcjach typu CoD czy BF3.
Znałem hAmerykanina, który przez CoD wstąpił do Marines - oczywiście "przygoda" w Afganistanie okazała się zbyt ciężkim przeżyciem dla biednego Bohatera i Wojownika Dobra, który wielce wierzył a nauki Jezuska i jednocześnie twierdził, że jest "urodzony by zabijać". Poza tym stał się dzięki armii niesamowitym ksenofobem, więc nie powiedziałbym, że argument #12 jest dobry.
Historia w grach jest stronnicza, ale to temat rzeka i można lać przykłady galonami.
W sumie, żaden z argumentów nie jest dobry, więc żadna nowina, a mój komentarz nie ma sensu. Hoo-roo.
Lepiej czasem posłuchać, zawsze ma się to niesamowite wrażenie rozbawienia, gdy widzisz twarz danej persony, święcie przekonanej w to, co mówi.
OdpowiedzUsuńNaprawdę, tak się mogą bronić nawet pryszczate nerdy z konwentów animu.
OdpowiedzUsuńAnimu?
Nie wiem czy napisałeś to specjalnie, ale powinno być anime. :c
Specjalnie, wyguglaj sobie.
UsuńTak czy siak miał na myśli chińskie bajki.
Grasz lub grałeś w WoW?
OdpowiedzUsuńNie.
Usuńa w jakie mmo grales oprocz tery
UsuńW dużo innych. Pisz może staranniej.
UsuńUltimę Online grałeś? na jakimś polskim shardzie ?
UsuńNie. I skończcie, to nie 'zapytaj Lavosa o MMO'.
Usuńrzal rojo muwi prawde a wy mu zazdrościcie widzuf i tego co osiongnoł!
OdpowiedzUsuńA już myślałem że tylko ja uważałem ten cały "projekt tarcza" za bullshit. Choćby motyw z nauką języka obcego i ojczystego. Pamiętam jak kiedyś grałem w którąś z części "GTA" lub "Sacred" (angielska wersja językowa) to bardziej obchodziło mnie "co i gdzie mam zabić" niż "dlaczego?" Podobnie z serią Heroes of Might & Magic *któraś część*, gdzie nie zwracało się uwagi na pojawiające się okna z fabuła,a tylko prowadziło rozgrywkę.
OdpowiedzUsuń